Ale schiza
Już z daleka przykuła moja uwagę. Brunetka. Stała pewna siebie, spokojna, postawa jej była aż nadto zachęcająca, jednakowoż zawahałem się. Podejść, nie podejść? Kobieta niczego sobie, lecz ja? Kiedy ja ostatnio smaliłem do kobiety cholewki? A wiek, czy aby na pewno mi wypada?
Wtem podeszła do niej inna, blondynka i już wiedziałem że nie mam szans. Jakbym dostał obuchem w głowę. Czar prysł…
- Elo, jak żyjesz? – rozpoczęła blondynka.
- A jak myślisz tej? Sucharski wykład był, jestem teraz trzy godziny w plecy, normalnie zonk. – żaliła się brunetka.
- W ogóle nic nie mów… Może byśmy gdzieś wyskoczyły? Na fajki i browara?
- Spoko, luz. Bierzemy jakąś ekipę?
- Myślisz, ze będą chcieli? Psss, chyba śnisz, Robert mi cos tam mówił, że oni muszą coś tam stukać na gegrę.
- Ale dolina, jakaś masakra tej! Dobra idziemy do tego pubu. – zakończyła brunetka.
O czym te panie rozmawiały? O stukaniu? Co to właściwie znaczy? Niezmiernie intrygujące, chociaż nie powinno się podsłuchiwać cudzych rozmów. Zresztą jaki ze mnie szpieg, skoro niczego nie pojmuję?
- Widziałaś nową furę Łysego? Mega wypasiona! Ciekawe ile zabulił… - rozmarzyła się blondynka.-Tak, zlukałam już. Zajedwabista! Kumpel ojca mu opylił ze zniżką, ale i tak pewnie fortunę wydał.
- To co zamawiamy? Jest bronek z pięć zeta.
- Spoko, mi pasi. Tej, kelner jaki towar, chodź do baru.
Spojrzałem na mężczyznę. Rzeczywiście miał różne towary, nawet na twarzy. Mnie bolałby chyba drut wsadzony w łuk brwiowy. Być może jestem zbyt wrażliwy, ponieważ słownictwo dwóch kobiet też mnie zabolało. Czuję się staro, nikogo z młodych nie rozumiem, a oni nie rozumieliby mnie. Te kanciaste słowa, ta, hmm właściwie nikła ilość słów, a zagęszczenie przerywnikami, kolokwializmami. Słabo mi, tracę oddech, wiruje obraz przed oczami…






